przekartkowane

Horror po polsku

In Uncategorized on 16 stycznia 2012 at 14:42

Jakuba Żulczyka znałem z dwóch jego poprzednich książek: „Zrób mi jakąś krzywdę” oraz „Radio Armageddon”. Znałem i podziwiałem – za bezkompromisowość, za fatalny czasami język, który potrafił jednak urzekać swoja dymaniką. I za jego spostrzegawczość, która uderzała w sam środek problemu, wskazywała niemal jednym słowem w czym rzecz. Dzięki temu – albo przez to – Żulczyka można albo uwielbiać albo nie cierpieć. Co „polski Stephen King” i głos młodego pokolenia pokazali tym razem?

Pierwsze wątpliwości miałem jeszcze przed lekturą. Bo o ile ktoś sprawdza się genialnie w powieści młodzieżowej, buntowniczej, głośnej i chaotycznej – to w horrorze niekoniecznie. Dobra opowieść grozy powinna być misternie spleciona z wielu wątków, pozornie bezładnych, ale w rzeczy samej będącymi precyzyjnym mechanizmem. Miałem oczywiście też wiele innych obaw – czy dobra powieść zmieści się na 250 stronach? Czy Żulczyk zmienił styl – co byłoby niewątpliwą porażką? I wreszcie ostatnie pytanie – czy będziemy świadkami narodzin nowego polskiego mistrza grozy – obok niepokonanego Łukasza Orbitowskiego?

Zacznijmy od tego, co się udało. Otóż „Instytut” na pewno jest horrorem i – nie się z czego śmiać – warto to odnotować. Wiele bowiem tytułów pretenduje do miana horroru nie będąc nim nawet trochę. Po wtóre Żulczyk zachował swój styl pisarski – obrazowy, plastyczny, momentami wręcz bezceremonialnie łamiący schematy. Po trzecie zaś – z prostej i dość oklepanej fabuły udało się wycisnąć coś więcej, coś co nadaje książce specyficzny smaczek dla polskiego czytelnika. Kłania się tutaj doskonały talent obserwacyjny autora.

Wady natomiast? Niestety nie udało się ich uniknąć. Styl autora może drażnić, szczególnie w odniesieniu do tego – bądź co bądź wymagającego – gatunku. „Instytut” traci też wiele ze względu na swoją objętość. Po odłożeniu lektury pozostaje uczucie niedosytu, brak czegoś, co sprawia, że można książkę otworzyć po kilku miesiącach i znowu czerpać radość z lektury. Tutaj mamy po prostu opowiedzianą historię – tylko i aż – a małe przebłyski wielkiego talentu tylko pokazują co mogliśmy mieć, a nie mamy.

Jak to jest zatem z tym „Instytutem”? Grzechem byłoby stwierdzić, że jest to pozycja zła – chociażby z tego względu, że powieści grozy rodzimych autorów jest u nas jak na lekarstwo. Zresztą – książka jest za wszechmiar poprawna. Jednak czy poprawność przystoi komuś takiemu jak Jakub Żulczyk?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s